Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hellen Stainville. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hellen Stainville. Pokaż wszystkie posty

22 lutego 2017



H E L L E N    S T A I N V I L L E

ur. 1762 | zm. 1789/1955/2002
Informator | Ventrue | Dziesiąta generacja | Mózg IT | Krew graczy polo
Powiązania | Historia


Wszystko jakoś dziwnie tak wiruje, jakby wokół niej, ale przecież wciąż obok. Spojrzenie ma ciche, jakby ciemne, cyniczne i ciepłe jednocześnie. Pracuje skupiona, wyprostowana, chłonąc zapach parkietu w sali, wdycha dym świec i wydycha ciężar. Obraca się do Ciebie, uśmiecha nikle, patrzy więcej i wyciąga dłoń. Chwytasz.

Nie wiesz czemu zniknęła, ani czemu pojawiła się ponownie. Chodzą plotki, że była w Waszyngtonie, jeszcze nikt nie spytał po co i czemu właściwie wróciła z bliznami szpecącymi twarz. Nadal jednak idzie korytarzem z wysoko uniesioną brodą, uważnym spojrzeniem omiatając otoczenie. I tylko zmarszczone lekko brwi mogą zdradzać ile myśli kryje się w jej głowie. Choć w gruncie rzecz jest śmiertelnie spokojna i dojrzała, spojrzenie ma inne niż wcześniej, jakby dziksze ale i świadome. Wiesz, że przeżyła coś, co uświadomiło jej, że nie jest już dzieckiem, choć tak dawno przestała nim być.

_____________________________________
Tentegesy można na gg: 56904101 
Kocham Was!

31 sierpnia 2016

1785, Wersal

Była na tyle dobrze urodzona, by swoją obecnością umilać czas młodszej o dwa lata Elżbiecie Burbon. Od kilku lat przyjeżdżała tu każdego lata, by całkiem niedawno zostać zaproszoną na stałe, jako dwórka, powierniczka sekretów, kolejna niczego nieświadoma istota. Choć przypadło jej w udziale namawianie Elżbiety do zamążpójścia, choć powinna była wychwalać Józefa, brata Marii Antoniny, ponad wszystko, zdawała się nie wpasowywać w przyjęte ludzkie konwenanse. Bardzo szybko pojęła zasady gry w szachy, parę razy nieomal nie ograła doradcy króla, którego podszepty rozgryzła niemal równie szybko. Choć był porywczy, gwałtowny i impulsywny, choć stanowił zupełne jej przeciwieństwo, nauczył ją kilku niezwykle ważnych rzeczy. Po paru miesiącach potrafiła rozmawiać o polityce, książkach i sytuacji wewnętrznej Francji. To od niego dowiedziała się również, że jedyne, co ma w świecie jakąkolwiek wartość to informacje.

1789, Wersal

Sytuacja była coraz bardziej napięta. Widziała, jak doradca z dziwnym błyskiem w oku szepce królowi na ucho rozwiązania problemu. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że zwołanie Stanów Generalnych, dopuszczenie trzeciego stanu do głosu poskutkuje rozlewem krwi wrzącej od długo tłumionego poczucia niesprawiedliwości w świecie. I on o tym wiedział. Z niepokojącym podnieceniem obserwował jak słowami wzbudza rewolucję. Co gorsza, król był przekonany, że podejmuje próby uratowania swego kraju. W przeddzień zdobycia Bastylii miał oczy nabiegłe krwią, a próby przemówienia mu do rozsądku, do sumienia, spełzły na niczym. Okazał się istotą bez sumienia, której serce stało niewzruszone. Dosłownie i w przenośni. Człowiek (?), który tyle ją nauczył, który poświęcił jej tyle czasu postanowił zmienić ją w podobną sobie. Jak później się okazało – uratował jej tym życie.

1794, Paryż

Niezbyt dworsko, acz elegancko ubrana wpatrywała się w twarze sędziów. Ręce miała złożone, palcami przesuwała po chłodnej, nienaturalne bladej skórze. Jej serce nie biło już piąty rok, przestała używać jakiegokolwiek pudru – bladość była bowiem wyrazem piękna. I nic w niej nie drgnęło, gdy jej przyjaciółce, jej kochanej Elżbiecie, gilotyna odcięła głowę. Pan kazał jej trzymać się blisko księcia Karola. Wiedział, że Karol wróci kiedyś do Francji, że wróci odebrać tron. A wraz z nim miała wrócić ona. Obiecał, że będzie jej pilnował, że będzie tuż za nimi, by nie zostawić jej samej. Ale nie wrócili z królem do Francji, to już nie był ich dom. Zmieniając miejsca zamieszkania, trzymali się gdzieś na pograniczu szlachty i najlepszych źródeł informacji. Już niedługo miała się przekonać, że nie pasuje do jego stylu życia. Patrzyła na niego spod byka, gdy wracał poobijany i zakrwawiony, gdy zaczynały krążyć dziwne plotki. 

1867, Schönbrunn

Nie mógł wytrzymać bez zamieszania. Wpadał w obłęd, gdy było zbyt spokojnie, gdy było zbyt cicho. Już wtedy widziała, że nie dostrzega luki między swoimi naukami, a działaniami, że nie potrafi spokojnie, cicho zbierać informacji. Że nie potrafi czekać. W górnych salach trwała właśnie koronacja Franciszka Józefa. Z delikatnym uśmiechem na twarzy skłoniła się wdzięcznie, opuszczając salę zaniepokojona jego nieobecnością. Ślady krwi widoczne były już w zachodnim korytarzu. Pchnęła drzwi do jednej z komnat. W momencie, w którym na podłodze zobaczyła pięć martwych ciał zdecydowała, że nie ma już Stwórcy. I gdy wydano na niego wyrok, beznamiętnie odwróciła wzrok.

1905, Londyn

Sama musiała się nauczyć, kto jest wart jej uwagi. Szybko zorientowała się, że pozornie niewiele nieznaczące Wampiry z Nosferatu, mogą powiedzieć jej więcej niż ktokolwiek inny. A ona pozostała uosobieniem cnoty w tym brudnym, groteskowym mieście. Trzymała się z dala od mężczyzn, skrupulatnie chodziła do kościoła, pracowała w szwalni, nie zapominając o kontakcie z tymi największymi, siedzącymi w pałacach. Suknie, które szyła na granicznej ulicy East Endu prała i usztywniała pani Doyle – stara, schorowana kobieta, niegdyś szlachcianka. Przedstawiła ją swojemu synowi – Arthurowi. Człowiek ten, dziwnie zafascynowany sprawami, które nie powinny go dotyczyć, potrafił prowadzić niezwykle interesujące rozmowy. Miał olbrzymią wiedzę, którą wykorzystywał w swoich powieściach. Czytała je z zapartym tchem, dopytując o szczegóły. Wiedziała już jak fałszuje się dokumenty, w niedługim czasie podzieliła jego wiedzę na temat zjawisk chemicznych i fizycznych. Wiedziała, że musi korzystać ze wszystkich dostępnych tu źródeł wiedzy. Wiedziała, że zbliża się wojna.

1943, Pentagon, Virginia

Choć technologia rozwijała się w tempie, za którym nie wszyscy nadążali, stała przed maszynami, zajmującymi trzy ogromne sale. Mrugające światła, guziki, wypluwane przez maszyny skrawki papieru – jakby dopiero po ponad stu pięćdziesięciu latach znalazła miejsce, w którym czuła się znośnie. Na jej ramieniu widniała amerykańska flaga. Już dawno zapomniała o swojej ojczyźnie. Uciekła z Europy, gdy zdała sobie sprawę, że informacje w ogniu krzyżowym nie są aż tyle warte, co zza oceanu. Oprócz obsługi najnowszych technologii, została przyjęta do wojskowego programu nauki języków – miała wyskrobywać jak najwięcej informacji, szczególnie od Niemców i Rosjan. Parę lat później, gdy temperatura drugiej wojny światowej opadła do zimnej wojny – oprócz zbierania informacji badała również technologie IT oraz tłumaczenie maszynowe w towarzystwie amerykańskich lingwistów.

2016, Los Angeles

Mając za sobą krótką służbę w wywiadzie, poczuła, że musi zniknąć. Pozorowanie swojej śmierci po raz drugi w erze globalizacji i totalnej inwigilacji nie należało do najbezpieczniejszych posunięć, ale było konieczne. Uśmiechnęła się lekko, dygnęła uprzejmie i przedstawiła się Księciu. To coś, czego umysł ani mięśnie nigdy nie zapomniały, a w czym odnajdywała się idealnie. Nie była rewolucjonistką, żyła w świecie etykiety, dobrych manier i chłodnej kurtuazji. A teraz mogła przysłużyć się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

1 sierpnia 2016

Internetowy wyścig #2

- Ależ wyrosłaś! – chłodny, kpiący ton głosu wydawał się przecinać strugi deszczu. Normalnie powiedziałaby, że podziałało to na nią jak kubeł zimnej wody, gdyby nie to, że i tak była już cała przemoczona. Krótkie włosy przyklejały się do bladych policzków, a jasnoniebieskie oczy skierowały się w stronę rozmówcy. Drgnęła lekko, niemalże niezauważalnie, ale on już wiedział. Wiedział, że Hellen niewiele się zmieniła. Nie znał jej za dobrze, nie mieli ze sobą do czynienia na co dzień, ale doskonale wiedział jak kobieta zachowuje się w sytuacjach kryzysowych. Za wszelką cenę próbowała utrzymać w ryzach samą siebie, w chłodnym spojrzeniu widać było determinację, upór, a w postawie pewnego rodzaju dumę, mimo tego, że przecież prosiła o pomoc. A jednak to niewielkie drgnięcie świadczyło o pewnych słabościach, do których za nic nie chciała się przyznać.

- Nie gap się tak – niemalże warknęła na powitanie, co było niepodobne do kurtuazyjnych manier płynących od lat w wampirzym krwioobiegu. – Ty za to jesteś tak samo niewymownie ujmujący, jak zwykle – mruknęła, na chwilę zapominając o tym, że przecież nie spotkali się tu by wymieniać złośliwości, czy uprzejmości. Twarz Edwarda nikle ściągnęła się w przypływie gniewu. Nie znali się przecież, a tak łatwo wydawali osądy. Wampirowi się to nie spodobało, ale jakoś wolał nie dopuszczać do siebie myśli, że sam nadał ich spotkaniu taki ton. 

- Do rzeczy, kobieto – odparł, podchodząc do niej bliżej i wystawiając w jej stronę łokieć. Hellen niosła lekko kącik ust. Zawsze był dobry w odgrywaniu spacerującej w waszyngtońskim deszczu, na swój sposób uroczej, choć dość osobliwej, pary. Dzięki temu żaden z przypadkowych przechodniów złapanych ulewą nie będzie przeszkadzał tej dwójce, pogrążonej w rozmowie. Wampirzyca ujęła Edwrda pod ramię i chwilę szła równo z nim nieśpiesznym krokiem, najwyraźniej potrzebując chwili na przemyślenie sprawy. Być może było to dziwne, ale po raz pierwszy od tamtego koszmarnego wieczora w Los Angeles nie czuła się pozostawiona sama sobie. Może i było to towarzystwo gburowatego, momentami niebezpiecznego, rosłego wampira, którego towarzystwo przyprawiało o ciarki, ale było to lepsze, niż nic. Czy  czuła się zagrożona? Owszem. Ale paradoksalnie, spojrzenie tych szalonych oczu, blizna przebiegająca od skroni do brody i wygięte kpiąco usta były teraz jedynym wyznacznikiem bezpieczeństwa. Była przekonana, że Edward nie ma zamiaru zrobić jej krzywdy, a przynajmniej na razie, dopóki sama Hellen nie stanowi zagrożenia dla jego prywatnych interesów.

- Po naszym romantycznym spacerze będę musiała coś ci pokazać. Spodziewam się, że za siedem dni stanie się coś, co ewidentnie łamie nasze prawo – zaczęła powoli, jakby przed każdym słowem ważyła jego znaczenie. Nigdy nie była z Edwardem w stu procentach szczera, z resztą, on z nią też nie. Po prostu w swoim towarzystwie uważali na to, co mówią, choć z drugiej strony często siłą rzeczy zawierzali sobie nawzajem życie w najniebezpieczniejszych sytuacjach.

-Nie jestem policjantem, myślałem, że jesteś tego świadoma. Ściganie sfrustrowanych młokosów mnie nie bawi – uniósł wysoko brwi, wydając osąd, zanim jeszcze jej wysłuchał. Typowe. Hellen poczuła, jak jej spokojną zwykle głowę zalewa fala gniewu. Wolną dłoń ścisnęła w pięść tak mocno, że gdyby żyła, pobielałyby jej knykcie. Naprawdę miał ją za idiotkę. Czy poważnie myślał, że ściągnęła go tu, nie mając ku temu powodu?

-Twoje towarzystwo nie jest na tyle interesujące, bym zapraszała cię na spacerek – warknęła, czując, że nie przynosi to większego rezultatu. Edward prychnął cicho, najwyraźniej urażony tym faktem. Hellen nie zamierzała owijać w bawełnę. Od ich pierwszego spotkania zmieniło się jednocześnie tak dużo, jak i tak niewiele.

- Panno Covel, jakiś mężczyzna do Pani. – odwróciła głowę, odrywając się od tylko sobie znanych obliczeń. Nie w smak było jej odchodzić od migających światełek komputera, który zajmował trzy pokaźnych rozmiarów pokoje. Wampirzyca zmierzyła wzrokiem naukowca, przypominającego nieco wyglądem surykatkę. Zapewne nie czuł się w towarzystwie Hellen komfortwo, choć nie potrafił tego wyjaśnić. Niemniej jednak przyjął ją do pracy wraz z kilkoma innymi lingwistami z dyplomem. Hellen parę lat wcześniej sfałszowała swoje dokumenty takie jak akt urodzenia, dowód osobisty  i świadectwa ukończenia szkół, dzięki czemu ukończyła również studia lingwistyczne. Do tego, jak się okazało, miała smykałkę do elektroniki, więc profesor nie podejrzewał, że Hellen Covel może być kimś innym, niż myślą.
- Czy to konieczne? – zapytała, pretensjonalnie przeciągając sylaby. Był to okres, w którym wydawało się jej, że z wiedzą, jaką ma, już pozjadała wszystkie rozumy. Nie wiedziała jeszcze wtedy, jak mało wie, a droga, którą miała przebyć wydawała się jej tylko wiecznością, niczym więcej. Banda głupich, choć inteligentnych ludzi towarzyszyła jej na co dzień, a ona z każdym dniem niczym pająk plotła swoje nici, za które chciała pociągać.
- Wydaje mi się, że takim ludziom się nie odmawia – mruknął doktor Chomsky, który właśnie zajrzał profesorowi przez ramię do pokoju Hellen. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko, choć mężczyzna wydawał się być nieco zaniepokojony. Hellen uważała, że jest jednym z najbardziej utalentowanych członków ich zespołu, choć niektóre jego pomysły (jak ten o tym, że człowiek rodzi się jako biała karta z wewnętrznym instynktem nauki języka, czyli czegoś niebiologicznego, nienaturalnego) wydawały się jej absurdalne. Wróżyła mu jednak świetlaną karierę naukową, umiał przemawiać i przekonywał do siebie ludzi.  
Hellen wyszła z pokoju na korytarz z lekko zmarszczonymi brwiami. Nie lubiła, gdy ktoś przeszkadzał jej w pracy, to rozregulowywało jej plan dnia. Niemal wszystko miała zaplanowane, więc jakąkolwiek zmianę tychże planów przyjmowała z lekką konsternacją. Na końcu korytarza stał mężczyzna. Hellen poczuła coś na kształt niepokoju, ale ruszyła w jego stronę. Im bliżej była, tym więcej pewności siebie traciła. Po dwóch krokach przełknęła ślinę. Po dziesięciu zwilżyła suche usta. W połowie drogi zrozumiała. Miała przed sobą wampira. Wampira tak potężnej budowy, że gdyby chciał, złapałby ją wpół i złamał, wampira z blizną przez pół twarzy, z wykrzywionymi ustami. Już dawno nie miała do czynienia z kimś takim. Z jednej strony pozjadała wszystkie rozumy, a z drugiej, tkwiła bezpiecznie między nieszkodliwymi naukowcami, z dala od wszystkich klanowych zamieszek.
- Pójdziesz ze mną, Covel – oświadczył, sprawiając wrażenie, że doskonale wie, że nie jest to jej prawdziwe nazwisko, a Hellen pojęła, o co chodziło doktorowi Chomsky’emu. Facetom, jak ten przed nią, się nie odmawia.

Jego oczy mówiły jedynie tyle, że go nudzi. Wiedziała, że na pewno znalazłby dla siebie jakąś robotę i nie musiał tu z nią teraz moknąć. Hellen, jednakże, nienawidziła wprost bycia traktowaną protekcjonalnie. Zatrzymała się, zadzierając głowę w górę. Wyglądała zupełnie inaczej, niż w dniu, w którym się poznali, a słowa, które miały właśnie paść, wbiją Edwarda w ziemię, choć on sam nie zdawał sobie z tego jeszcze sprawy.

- Słuchaj, możemy to załatwić po dobroci, albo jeśli wolisz, możemy użerać się ze sobą jeszcze pół nocy. Nie sprawia mi przyjemności łażenie z tobą po Waszyngtonie i tak, wolałabym teraz być w LA. Ale do cholery jasnej, jeżeli nie znajdziemy Frances Aubign w przeciągu siedmiu dni to życie straci co najmniej jeden wampir i kilkoro śmiertelników, a informacja o tym pójdzie w świat – zanim zorientowała się, co robi, chwyciła wampira za poły płaszcza i przyciągnęła do siebie. – Pojmujesz co do ciebie mówię, czy jesteś aż tak głupi?

Chwilowe oniemienie szybko ustąpiło złości. Edward jedną dłonią odepchnął od siebie Hellen na wystarczającą odległość. Kobieta dyszała ciężko, jakby chwilowe przywrócenie funkcji życiowych miało pomóc się uspokoić. Była zdeterminowana do ochrony tego, w co wierzyła i przy okazji własnego tyłka. Nie wiedziała, czy dobrze postąpiła. Wampir nie lubił, gdy mówiło się mu co ma robić, a tym bardziej, gdy uwłaczało się jego inteligencji. Chciała nim wstrząsnąć, pokazać, że wie co robi, że dzieje się coś, co nie powinno mieć miejsca.

- Nigdy więcej nie waż się tak do mnie zwracać, bo kolejnego razu nie przeżyjesz. – warknął, choć tryby w jego głowie już dawno pracowały. Dziesiątkami lat uczył się panować nad swoim gniewem, co w obecności młodszych, w jego mniemaniu głupszych, wampirów, było o wiele trudniejsze. Musiał jednak przyznać, że Hellen tylko pozornie przypominała dawną siebie, usilnie próbującą zakopać się w swojej bezpiecznej norce. Miała kręgosłup moralny, dość silny, czym wyraźnie mu zaimponowała. Nie powiedział jednak nic więcej, a jedynie wyminął ją i ruszył w stronę pomnika Waszyngtona.

Hellen ruszyła za nim, wyraźnie z siebie zadowolona, choć na swoje szczęście Edward nie mógł tego zobaczyć. Zabierze go do hotelu, pokaże mapę z zaznaczonymi adresami IP, pokaże mu film, opowie o swoich podejrzeniach, których była tak pewna, jak tego, że Edward jednocześnie jej nienawidzi i próbuje pomóc. Gdy wampir przystanął, niemal wpadła mu na plecy, czego bardzo chciała uniknąć. Szczerze mówiąc, Edward był ostatnim wampirem na ziemi, którego Hellen chciałaby dotknąć.

- O Boże! – do jej uszu dotarł zduszony okrzyk jakiejś kobiety, później pisk przerażenia innej, jakiś facet dzwonił na policję. Hellen zdezorientowana rozejrzała się i w momencie, w którym wyjrzała zza rozrośniętych ramion wampira, poczuła jakby kolana odmówiły jej posłuszeństwa. Wyciągnęła telefon, rzuciła nim o ziemię i z całej siły zdeptała, rozbijając obudowę i szybkę.

-Psia mać – mruknął Edward, wpatrując się w jeden punkt, znajdujący się tuż pod białym obeliskiem. Hellen ostatkiem sił ugryzła się w język, by nie powiedzieć a nie mówiłam? To nie był czas, ani miejsce na takie złośliwości. Do obojga dotarło w jakim położeniu się teraz znajdują. Ktoś wyprzedzał ich o dwa kroki i żadnemu z wampirów się to nie podobało.

-My sentiments precisely* - odparła cicho, gdy, czując jak niebezpiecznie miękną jej nogi, wpatrywała się we, wzbudzającą wszechobecną panikę, odciętą ludzką rękę, leżącą pośrodku placu.



I oto jest! Trochę krótkie, ale musiałam wszystko przemyśleć tak, by potrzymać Was jeszcze trochę w niepewności. Mam nadzieję, że nie urwiecie mi za to łba. I tym postem wracam na dobre i biorę się za wątkowanie! 
*My sentiments precisely – wyrażenie zgody z przedmówcą w nieco przesadny i kurtuazyjny sposób.

5 maja 2016

Internetowy wyścig #1

Ciemna, głucha noc. W oczach Hellen odbijają się jarzeniowe kolory ekranów, zasypane cyframi i znakami, układającymi się w jej tylko znany kod. Siedzi, wyszukując dane, które mogą kiedyś przydać się Camarilli lub nawet samemu Księciu. Myśl mknęły szybko, ale precyzyjnie. Tona informacji układała się po kolei w przeznaczonych na to szufladkach mózgu. Katalogowała je, wiedząc, że należy spodziewać się niespodziewanego. 

Hellen odłożyła na bok okulary i przetarła oczy. Rzadko odczuwała jakiekolwiek zmęczenie, ale teraz jej nieżyjący organizm wyraźnie dawał jej do zrozumienia, że wampirzyca musi chociaż na chwilę skupić swoją uwagę na czymś innym niż życiorysy, dane, liczby, kody, adresy i numery kont. Przeskakując luźno ze strony na stronę, z ulgą zaobserwowała zmianę koloru ekranu na czerń. Dlaczego większość stron internetowych krzyczy do mnie kolorami tęczy? Spojrzała znudzona na ekran, a jej oczom ukazała się grafika, przedstawiająca piękną wampirzycę. Hellen zmarszczyła lekko brwi. Szablon był mroczny, utrzymany w ciemnych tonacjach, co jednoznacznie wskazywało na fanatyczne zainteresowania autora wampirzą rasą. Blog jakich wiele, a jednak… 

Informatorka nie mogła oprzeć się wrażeniu, że skądś zna patrzącą na nią wampirzycę. Zmarszczyła lekko brwi, dochodząc do wniosku, że jest to zapewne jakaś bardzo znana grafika, więc autor użył jej w szablonie. Pozwoliła sobie jednak na przeskoczenie wzrokiem po kilku postach. W pierwszej chwili kierowała nią ciekawość tego, jak widzą ich śmiertelnicy. Co sobie wyobrażają, jakie historie wplatają w swoją nikłą wiedzę na temat wampirów. Tak po prawdzie, spodziewała się jakiejś rzewnej historyjki o wampirzycy, która zapałała gorącym uczuciem do jakiegoś człowieka i wyrósł z tego straszliwy dramat.

Z każdą chwilą przeglądania poszczególnych podstron czuła jednak coraz większy niepokój, jakby coś wyraźnie mówiło jej, że powinna głębiej wczytać się w treść. Zaczęło się niewinnie. Zauważyła nazwę Nosferatu, ale wytłumaczyła sobie, że pojawienie się tego słowa nie świadczy o niczym niepokojącym. A jednak lista się wydłużała. Klan, Bestia, Terytorium, Potomstwo. Brwi Hellen zmarszczyły się w wyrazie konsternacji. Nowo-powstały, Krwawe Łowy, Książę, i wreszcie… Maskarada. Z biurka spadł długopis, niemalże strąciła ręką swój notes. Przystawiła nos do ekranu, w roztargnieniu wkładając nań znów okulary. Gdyby jej serce biło, zapewne wyskoczyłoby teraz gdzieś w okolicy mostka. Wszystko układało się niemalże w rozpiskę tego, co ona sama wie o ich świecie. A przecież nie wie jeszcze wszystkiego. Definicje, niemalże wszystkie, jakie znajduje we własnym wampirzym słowniku. 

Pierwsza, odruchowa, błyskawiczna myśl. Czy jest tu coś, czego nie wiem? Szybko wraca do poprzednich podstron, by sprawdzić. Nie widzi niczego, czego sama by nie wiedziała, a nawet nie znalazła słowa o Elizjum czy jego Strażnikach. Na tej podstawie wywnioskowała, że autorem musi być wampir w jej wieku bądź młodszy. Starszy najprawdopodobniej nie opuściłby tego rodzaju definicji, a ponad to, raczej nie bawiłby się w zdobycie władzy nad światem przez bloga. A może? Nie, raczej nie. Może to jakiś sfrustrowany młokos, którego Pan niedostatecznie przypilnował, zagubiony młody Thin-Bloded, który całą swoją złość na przekleństwa tego świata zamierza przelać na dziwnego rodzaju zemstę? Hellen oczywiście dopuszczała do głosu myśl, że autor może być po prostu głupi. A jednak… jednak to wszystko nie dawało jej spokoju. To, że ktoś najwidoczniej otwarcie próbuje złamać prawo, to, że wampirzyca patrząca na nią z szablonu wydaje się niepokojąco znajoma, że oprócz skrupulatnie wyjaśnionych definicji, widnieje kilka symboli, że blog zawiera najprawdopodobniej historię cierpień wiecznego nie-życia, że ktoś widocznie ucieka przed zamknięciem bloga – serwery zmieniano już kilka razy.

Hellen zaciska palce tak, że niektóre wydają głuchy odgłos. Jej ruchy znacznie przyspieszają, palce niemalże tańczą po klawiaturze w sobie tylko znanej kombinacji. Oczy biegają od jednego ekranu do drugiego. Bloga pisze ktoś z wielu różnych miejsc, najprawdopodobniej z kafejek internetowych, by nie można było zlokalizować go po adresie IP. Wszystkie lokalizacje jednak związane są z okolicami Waszyngtonu lub nawet samym miastem. U Hellen włącza się rozumowanie niemalże detektywistyczne. Od razu zaczęła szukać związku między miejscami lub jakiejkolwiek zależności. Oczywiście z tak małą ilością danych nie mogła wymyślić niczego specjalnie konstruktywnego, choć zachowała w pamięci obraz miejsc, tak na wszelki wypadek. Szybciej, jeszcze szybciej, jeszcze więcej! Czuła jakby ktoś nacisnął jakiś przycisk i rozpoczął odliczanie, rzucając Hellen wyzwanie do wyścigu.

Opadła na oparcie fotela z oczami wlepionymi w ekran. Czuła się źle. Przez całe swoje nie-życie dążyła do tego, by czuć się bezpiecznie, by wiedzieć więcej niż inni. Teraz czuła, jakby grunt osuwał się jej spod stóp. Nie wiedziała nic. Czuła się zagubiona zupełnie tak jak… wtedy. Nie wiedziała jak powinna postąpić. Po raz pierwszy od wielu lat poczuła ciężar bycia zdaną tylko na siebie. Nie docierało do niej w tym momencie, że przecież służy Księciu, że powinna mu o tym powiedzieć, że może zasięgnąć języka w dowolnym miejscu na świecie. Wyzwanie rzucił jej… blog. A nie chcąc zawracać głowy Księciu czymś tak banalnym, co jednak spowodowało u niej takie przerażenie, postanowiła odezwać się do wampira, którego prosiła o pomoc tylko i wyłącznie wtedy, gdy odczuwała lęk. 

Był szalony, momentami porywczy, agresywny wręcz, jak wszyscy w Brujah, ale nie brutalnie głupi. Teoretycznie był ochroniarzem w Białym Domu. Miał dostęp do informacji, o których Hellen momentami mogła tylko pomarzyć. Był odpowiedzialny, często aż nazbyt bystry i nigdy, przenigdy nie zdradził Hellen sekretów, których strzegł. Hellen się go zwyczajnie bała i wychodziła z założenia, że na strach przed nieznanym pomóc może tylko strach przed kimś bardzo dobrze znanym. Tak, Hellen wprost nienawidziła prosić Edwarda Stura o jakąkolwiek pomoc. 

~*~

Waszyngton jak zwykle urzekający. Hellen stała przed kolejną kafejką internetową, nie mogąc uwierzyć, że ludzie jeszcze korzystają z takich miejsc. Powietrze było szarogęste od deszczu, krótkie włosy wampirzycy przylepiły się jej do twarzy, której wyraz wskazywał na wszechobecną beznadzieję. Była już w większości kafejek, z których pisano bloga. Jednak na tyle na ile mogła dogrzebać się do brudów pochowanych w czeluściach dysków i historii, nie była w stanie nic konkretnego znaleźć. Choć miała wrażenie, że mierzy się z młodszym, mniej doświadczonym hakerem, to jednak nadal wyprzedzał ją o kilka kroków. Póki co była zdana sama na siebie, chociaż potrzebowała zebrać jak najwięcej informacji przed spotkaniem z Edwardem. Nie chciała wyjść na głupca, na osobę, która wyciąga go z jego śmiertelnie poważnych spraw, nie mając dla niego absolutnie żadnych informacji. 

Gdy zrezygnowana wraca do swojego pokoju hotelowego, w pierwszej chwili nie dostrzega leżącej na biurku płyty CD, której tam nie położyła. Rzuciła się w stronę łóżka, padając na poduszki. Przymknęła oczy, by odpocząć, ale coś w powietrzu nie dało jej przysnąć. Wiedziała, że nikogo nie ma w jej pokoju, ale nie czuła się zupełnie sama. Podniosła się na łokciach, by omieść pokój wzrokiem. Nie podobało jej się to. Nie podobała się jej rola myszki w tej zabawie. Trochę jej zajęło nim zorientowała się, że na biurku leży rzecz, która nie należy do niej. Zwykle wszystko ma poukładane w chorobliwym porządku, ale ostatnie wydarzenia wyraźnie przytępiły jej zmysły. 

Drżącymi rękoma chwyciła płytę i włożyła do napędu. Nie spodziewała się żadnych wirusów, ta gra toczyła się o coś zupełnie innego. Tylko jeszcze nie wiedziała o co. Okazało się, że płyta zawiera film. Hellen przełknęła ślinę, czując gulę w gardle. Miała same złe przeczucia. Skąd mogła wiedzieć, że dziś zacznie się finał gry, którą nieświadomie rozpoczęła ponad dwieście lat temu? Niepewnie spoglądała na widniejący na ekranie symbol Play. Spojrzała w okno, jakby spodziewała się ujrzeć kogoś, kto chce zobaczyć jej reakcję na film. Jednocześnie próbowała przemówić sobie do rozsądku. Choć póki co nieudolnie goniła tego spryciarza, to nie mogła oprzeć się wrażeniu, że do pewnego stopnia goni zagubionego amatora. Zanim nacisnęła przycisk nie wiedziała, że tylko po części ma rację. Że jej oczom ukażą się zatęchłe lochy, prowadzące do nich kanały, ciemne pomieszczenia rozświetlone wątpliwym światłem ledwo żarzących się knotów, brunatne smugi tak dobrze znanej wampirzycy substancji. 

Że ujrzy tego młodego, zagubionego hakera, przykutego kajdanami do ściany, najwyraźniej torturowanego. 

Że usłyszy głos, który dotrze do niej dopiero po chwili, kobiecy głos, który jak się okazało znała aż za dobrze. 

Że głos ten obieca jej taki sam rozlew krwi, do jakiego niegdyś sama Hellen się przyczyniła. 

Że od tego momentu lawina wydarzeń runie jak dzika.

Że rozerwane więzi okażą się nierozrywalne. Że długi będą musiały zostać spłacone. Że nawiąże się sojusz, który w innym wypadku nie miałby racji bytu. 

Obiecała jej, że za siedem dni zginie dokładnie tylu ludzi, ile warta była krew jej Pana. Kobieta chciała krwawej zemsty, która wstrząśnie światem zarówno ludzkim, jak i wampirzym. Obiecała, że najznamienitsi zbiorą się w jednym miejscu i w męczarniach dokonają żywota. Hellen nie mogła się przy tym wyzbyć wrażenia, że zapowiedź śmierci nie dotyczy tylko i wyłącznie ludzi. Ona sama miała przyjść im na ratunek i zginąć, krew z krwi swego Pana, przez tą szaloną morderczynię uważana za przyczynę jego śmierci. Sięgnęła po telefon. W takich chwilach uwydatniały się te cechy, które świadczyły o przynależności do Ventrue. Zamierzała odzyskać kontrolę nad sytuacją. Zdominować i zmiażdżyć kogoś, kto śmiał uderzyć w jej poczucie bezpieczeństwa. Odzyskać władzę.

-Edward, spotkamy się za pół godziny – żadnego pytania, żadnego lęku, żadnej niepewności. Rozpoczęło się odliczanie.



A teraz konkurs! Pierwsze dwie osoby, które policzą i wymienią wszystkie słowa klucze, których użyłam (a nie użyłam wszystkich!), będą mogły zdecydować o swoim udziale w kolejnej notce lub w wątku związanym z powyższymi zdarzeniami, zapraszam!