Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenie grupowe I. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenie grupowe I. Pokaż wszystkie posty

1 sierpnia 2016

Internetowy wyścig #2

- Ależ wyrosłaś! – chłodny, kpiący ton głosu wydawał się przecinać strugi deszczu. Normalnie powiedziałaby, że podziałało to na nią jak kubeł zimnej wody, gdyby nie to, że i tak była już cała przemoczona. Krótkie włosy przyklejały się do bladych policzków, a jasnoniebieskie oczy skierowały się w stronę rozmówcy. Drgnęła lekko, niemalże niezauważalnie, ale on już wiedział. Wiedział, że Hellen niewiele się zmieniła. Nie znał jej za dobrze, nie mieli ze sobą do czynienia na co dzień, ale doskonale wiedział jak kobieta zachowuje się w sytuacjach kryzysowych. Za wszelką cenę próbowała utrzymać w ryzach samą siebie, w chłodnym spojrzeniu widać było determinację, upór, a w postawie pewnego rodzaju dumę, mimo tego, że przecież prosiła o pomoc. A jednak to niewielkie drgnięcie świadczyło o pewnych słabościach, do których za nic nie chciała się przyznać.

- Nie gap się tak – niemalże warknęła na powitanie, co było niepodobne do kurtuazyjnych manier płynących od lat w wampirzym krwioobiegu. – Ty za to jesteś tak samo niewymownie ujmujący, jak zwykle – mruknęła, na chwilę zapominając o tym, że przecież nie spotkali się tu by wymieniać złośliwości, czy uprzejmości. Twarz Edwarda nikle ściągnęła się w przypływie gniewu. Nie znali się przecież, a tak łatwo wydawali osądy. Wampirowi się to nie spodobało, ale jakoś wolał nie dopuszczać do siebie myśli, że sam nadał ich spotkaniu taki ton. 

- Do rzeczy, kobieto – odparł, podchodząc do niej bliżej i wystawiając w jej stronę łokieć. Hellen niosła lekko kącik ust. Zawsze był dobry w odgrywaniu spacerującej w waszyngtońskim deszczu, na swój sposób uroczej, choć dość osobliwej, pary. Dzięki temu żaden z przypadkowych przechodniów złapanych ulewą nie będzie przeszkadzał tej dwójce, pogrążonej w rozmowie. Wampirzyca ujęła Edwrda pod ramię i chwilę szła równo z nim nieśpiesznym krokiem, najwyraźniej potrzebując chwili na przemyślenie sprawy. Być może było to dziwne, ale po raz pierwszy od tamtego koszmarnego wieczora w Los Angeles nie czuła się pozostawiona sama sobie. Może i było to towarzystwo gburowatego, momentami niebezpiecznego, rosłego wampira, którego towarzystwo przyprawiało o ciarki, ale było to lepsze, niż nic. Czy  czuła się zagrożona? Owszem. Ale paradoksalnie, spojrzenie tych szalonych oczu, blizna przebiegająca od skroni do brody i wygięte kpiąco usta były teraz jedynym wyznacznikiem bezpieczeństwa. Była przekonana, że Edward nie ma zamiaru zrobić jej krzywdy, a przynajmniej na razie, dopóki sama Hellen nie stanowi zagrożenia dla jego prywatnych interesów.

- Po naszym romantycznym spacerze będę musiała coś ci pokazać. Spodziewam się, że za siedem dni stanie się coś, co ewidentnie łamie nasze prawo – zaczęła powoli, jakby przed każdym słowem ważyła jego znaczenie. Nigdy nie była z Edwardem w stu procentach szczera, z resztą, on z nią też nie. Po prostu w swoim towarzystwie uważali na to, co mówią, choć z drugiej strony często siłą rzeczy zawierzali sobie nawzajem życie w najniebezpieczniejszych sytuacjach.

-Nie jestem policjantem, myślałem, że jesteś tego świadoma. Ściganie sfrustrowanych młokosów mnie nie bawi – uniósł wysoko brwi, wydając osąd, zanim jeszcze jej wysłuchał. Typowe. Hellen poczuła, jak jej spokojną zwykle głowę zalewa fala gniewu. Wolną dłoń ścisnęła w pięść tak mocno, że gdyby żyła, pobielałyby jej knykcie. Naprawdę miał ją za idiotkę. Czy poważnie myślał, że ściągnęła go tu, nie mając ku temu powodu?

-Twoje towarzystwo nie jest na tyle interesujące, bym zapraszała cię na spacerek – warknęła, czując, że nie przynosi to większego rezultatu. Edward prychnął cicho, najwyraźniej urażony tym faktem. Hellen nie zamierzała owijać w bawełnę. Od ich pierwszego spotkania zmieniło się jednocześnie tak dużo, jak i tak niewiele.

- Panno Covel, jakiś mężczyzna do Pani. – odwróciła głowę, odrywając się od tylko sobie znanych obliczeń. Nie w smak było jej odchodzić od migających światełek komputera, który zajmował trzy pokaźnych rozmiarów pokoje. Wampirzyca zmierzyła wzrokiem naukowca, przypominającego nieco wyglądem surykatkę. Zapewne nie czuł się w towarzystwie Hellen komfortwo, choć nie potrafił tego wyjaśnić. Niemniej jednak przyjął ją do pracy wraz z kilkoma innymi lingwistami z dyplomem. Hellen parę lat wcześniej sfałszowała swoje dokumenty takie jak akt urodzenia, dowód osobisty  i świadectwa ukończenia szkół, dzięki czemu ukończyła również studia lingwistyczne. Do tego, jak się okazało, miała smykałkę do elektroniki, więc profesor nie podejrzewał, że Hellen Covel może być kimś innym, niż myślą.
- Czy to konieczne? – zapytała, pretensjonalnie przeciągając sylaby. Był to okres, w którym wydawało się jej, że z wiedzą, jaką ma, już pozjadała wszystkie rozumy. Nie wiedziała jeszcze wtedy, jak mało wie, a droga, którą miała przebyć wydawała się jej tylko wiecznością, niczym więcej. Banda głupich, choć inteligentnych ludzi towarzyszyła jej na co dzień, a ona z każdym dniem niczym pająk plotła swoje nici, za które chciała pociągać.
- Wydaje mi się, że takim ludziom się nie odmawia – mruknął doktor Chomsky, który właśnie zajrzał profesorowi przez ramię do pokoju Hellen. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko, choć mężczyzna wydawał się być nieco zaniepokojony. Hellen uważała, że jest jednym z najbardziej utalentowanych członków ich zespołu, choć niektóre jego pomysły (jak ten o tym, że człowiek rodzi się jako biała karta z wewnętrznym instynktem nauki języka, czyli czegoś niebiologicznego, nienaturalnego) wydawały się jej absurdalne. Wróżyła mu jednak świetlaną karierę naukową, umiał przemawiać i przekonywał do siebie ludzi.  
Hellen wyszła z pokoju na korytarz z lekko zmarszczonymi brwiami. Nie lubiła, gdy ktoś przeszkadzał jej w pracy, to rozregulowywało jej plan dnia. Niemal wszystko miała zaplanowane, więc jakąkolwiek zmianę tychże planów przyjmowała z lekką konsternacją. Na końcu korytarza stał mężczyzna. Hellen poczuła coś na kształt niepokoju, ale ruszyła w jego stronę. Im bliżej była, tym więcej pewności siebie traciła. Po dwóch krokach przełknęła ślinę. Po dziesięciu zwilżyła suche usta. W połowie drogi zrozumiała. Miała przed sobą wampira. Wampira tak potężnej budowy, że gdyby chciał, złapałby ją wpół i złamał, wampira z blizną przez pół twarzy, z wykrzywionymi ustami. Już dawno nie miała do czynienia z kimś takim. Z jednej strony pozjadała wszystkie rozumy, a z drugiej, tkwiła bezpiecznie między nieszkodliwymi naukowcami, z dala od wszystkich klanowych zamieszek.
- Pójdziesz ze mną, Covel – oświadczył, sprawiając wrażenie, że doskonale wie, że nie jest to jej prawdziwe nazwisko, a Hellen pojęła, o co chodziło doktorowi Chomsky’emu. Facetom, jak ten przed nią, się nie odmawia.

Jego oczy mówiły jedynie tyle, że go nudzi. Wiedziała, że na pewno znalazłby dla siebie jakąś robotę i nie musiał tu z nią teraz moknąć. Hellen, jednakże, nienawidziła wprost bycia traktowaną protekcjonalnie. Zatrzymała się, zadzierając głowę w górę. Wyglądała zupełnie inaczej, niż w dniu, w którym się poznali, a słowa, które miały właśnie paść, wbiją Edwarda w ziemię, choć on sam nie zdawał sobie z tego jeszcze sprawy.

- Słuchaj, możemy to załatwić po dobroci, albo jeśli wolisz, możemy użerać się ze sobą jeszcze pół nocy. Nie sprawia mi przyjemności łażenie z tobą po Waszyngtonie i tak, wolałabym teraz być w LA. Ale do cholery jasnej, jeżeli nie znajdziemy Frances Aubign w przeciągu siedmiu dni to życie straci co najmniej jeden wampir i kilkoro śmiertelników, a informacja o tym pójdzie w świat – zanim zorientowała się, co robi, chwyciła wampira za poły płaszcza i przyciągnęła do siebie. – Pojmujesz co do ciebie mówię, czy jesteś aż tak głupi?

Chwilowe oniemienie szybko ustąpiło złości. Edward jedną dłonią odepchnął od siebie Hellen na wystarczającą odległość. Kobieta dyszała ciężko, jakby chwilowe przywrócenie funkcji życiowych miało pomóc się uspokoić. Była zdeterminowana do ochrony tego, w co wierzyła i przy okazji własnego tyłka. Nie wiedziała, czy dobrze postąpiła. Wampir nie lubił, gdy mówiło się mu co ma robić, a tym bardziej, gdy uwłaczało się jego inteligencji. Chciała nim wstrząsnąć, pokazać, że wie co robi, że dzieje się coś, co nie powinno mieć miejsca.

- Nigdy więcej nie waż się tak do mnie zwracać, bo kolejnego razu nie przeżyjesz. – warknął, choć tryby w jego głowie już dawno pracowały. Dziesiątkami lat uczył się panować nad swoim gniewem, co w obecności młodszych, w jego mniemaniu głupszych, wampirów, było o wiele trudniejsze. Musiał jednak przyznać, że Hellen tylko pozornie przypominała dawną siebie, usilnie próbującą zakopać się w swojej bezpiecznej norce. Miała kręgosłup moralny, dość silny, czym wyraźnie mu zaimponowała. Nie powiedział jednak nic więcej, a jedynie wyminął ją i ruszył w stronę pomnika Waszyngtona.

Hellen ruszyła za nim, wyraźnie z siebie zadowolona, choć na swoje szczęście Edward nie mógł tego zobaczyć. Zabierze go do hotelu, pokaże mapę z zaznaczonymi adresami IP, pokaże mu film, opowie o swoich podejrzeniach, których była tak pewna, jak tego, że Edward jednocześnie jej nienawidzi i próbuje pomóc. Gdy wampir przystanął, niemal wpadła mu na plecy, czego bardzo chciała uniknąć. Szczerze mówiąc, Edward był ostatnim wampirem na ziemi, którego Hellen chciałaby dotknąć.

- O Boże! – do jej uszu dotarł zduszony okrzyk jakiejś kobiety, później pisk przerażenia innej, jakiś facet dzwonił na policję. Hellen zdezorientowana rozejrzała się i w momencie, w którym wyjrzała zza rozrośniętych ramion wampira, poczuła jakby kolana odmówiły jej posłuszeństwa. Wyciągnęła telefon, rzuciła nim o ziemię i z całej siły zdeptała, rozbijając obudowę i szybkę.

-Psia mać – mruknął Edward, wpatrując się w jeden punkt, znajdujący się tuż pod białym obeliskiem. Hellen ostatkiem sił ugryzła się w język, by nie powiedzieć a nie mówiłam? To nie był czas, ani miejsce na takie złośliwości. Do obojga dotarło w jakim położeniu się teraz znajdują. Ktoś wyprzedzał ich o dwa kroki i żadnemu z wampirów się to nie podobało.

-My sentiments precisely* - odparła cicho, gdy, czując jak niebezpiecznie miękną jej nogi, wpatrywała się we, wzbudzającą wszechobecną panikę, odciętą ludzką rękę, leżącą pośrodku placu.



I oto jest! Trochę krótkie, ale musiałam wszystko przemyśleć tak, by potrzymać Was jeszcze trochę w niepewności. Mam nadzieję, że nie urwiecie mi za to łba. I tym postem wracam na dobre i biorę się za wątkowanie! 
*My sentiments precisely – wyrażenie zgody z przedmówcą w nieco przesadny i kurtuazyjny sposób.

8 maja 2016

Wydarzenie grupowe I - "Gdzie jesteś?" cz.1.

„GDZIE JESTEŚ?” 
 część pierwsza 
 
Opuszczone złomowisko wydawało się w tej chwili prawdziwą oazą spokoju. Znajdowało się na uboczu, z dala od ruchliwej drogi i tętniącej życiem części miasta. Cała ta dzielnica sprawiała wrażenie nieco zapomnianej i poniekąd zatrzymanej w czasie. Hunter doskonale pamiętał, że większość okolicznych budynków niemal nie zmieniła się od stu lat. Stare kamieniczki poważnie nadgryzł ząb czasu, tak jak i większość okolicznych budynków. Większość miejsc nie została rozbudowana, niektóre stare sklepy zmieniły branżę, a jedyną poważniejszą zmianą wydawało się samo złomowisko. Kiedyś w jego miejscu znajdował się plac przeznaczony pod budowę dużego domu towarowego czy czegoś podobnego. 
Hunter nie mógł oprzeć się refleksji, że teraz – po prawie stu latach – jego historia zatoczyła koło i na nowo powróciła do punktu wyjścia. Znowu pracował dla Księcia, Marcusa Crowforda. Znów tropił niepokornych Brujah, zwolenników dawnego Księcia. Znowu wszystkie tropy prowadziły go do tej części miasta. Wszystko było pozornie takie jak dawniej. Jedynie wyznawane przez Huntera wartości uległy zmianie. Wtedy naprawdę wierzył – a może tylko chciał wierzyć? – w Camarillę i wszystkie piękne wartości, tak ważne dla Księcia. Chociaż nadal szczerze szanował Marcusa, nie mógł zgodzić się z ideami Camarilli. Najpewniej w innych okolicznościach nie przyjąłby tego zlecenia. W swoim prywatnym kodeksie łowcy głów, zawsze odmawiał zleceń niezgodnych z jego przekonaniami. Nie przywiązywał wagi do tego czy pracuje dla Księcia, Primogena czy Arcybiskupa, ważne było tylko to, co miał zrobić. Właśnie dlatego nigdy nie godził się działać na szkodę Cyganów, Garou, niewinnych ludzi lub Pariasów, no i rzecz jasna Anarchistów. Tym razem jednak zbyt dobrze pamiętał chaos i krzywdy jakie wyrządził Książę Brujah i jego sprzymierzeńcy. Ich działania nie miały nic wspólnego z czystymi ideami Anarchistów, więc nie zasługiwali na jakąkolwiek litość. Brujahowie zawsze byli jak bydlęta, jak ludzie... Byli dobrymi kompanami zarówno do walk, jak i do wspólnej zabawy. Niestety nawet po przeżyciu dekad, albo i wieków, brakowało im w pewien sposób rozsądku, myśleli zbyt ludzkimi kategoriami. Trochę niczym dzieci bawiące się potężną bronią. Dlatego nawet pomimo całej ich waleczności to miała być prosta misja. Czwórka mącicieli próbująca przekonać innych do swoich racji, nie powinna być zbyt dużym wyzwaniem. 
Z ostrożnością dzikiego drapieżnika, Hunter bezszelestnie przekradł się w kierunku kryjówki na złomowisku... Ku jego zaskoczeniu miejsce okazało się całkiem opustoszałe. Wyostrzone, zwierzęce zmysły podpowiadały mu, że musieli stąd odejść niedawno, zewsząd dawało się wyczuć bardzo świeże tropy – zarówno poszukiwanych buntowników, jak i kogoś jeszcze. Wszędzie panował niesamowity bałagan, zupełnie jakby ktoś w wielkim pośpiechu przewrócił całe to miejsce do góry nogami. Na niewielkim stole znajdował się komputer, albo raczej coś co z niego zostało. Zupełnie jakby jakiś nadgorliwy Brujah potraktował urządzenie kijem bejsbolowym. Obok zniszczonego sprzętu oraz na podłodze walało się pełno papierów i teczek z dokumentami. Wszystko było rozrzucone, zupełnie, jakby ktoś w pośpiechu szukał najważniejszych papierów, by je zabrać. Książę sugerował udział Sabatu w pomocy buntownikom, czyżby chodziło właśnie o to? W końcu Brujahowie nigdy nie zawracaliby sobie głowy dokumentami. Chyba że próbowaliby ukryć coś ważnego. 
Z uwagą przejrzał porozrzucane papiery. Jak widać pośpiech nie wyszedł na dobre buntownikom. Spora część dokumentów zawierała ciekawe informacje. Zdjęcia, adresy, spis imion i, co najciekawsze, dość sporo notatek o członkach klanu Tzimisce. Hunter uśmiechnął się pod nosem. 
„Chciałeś swojego dowodu Marcusie...” mruknął sam do siebie przekładając wszystkie istotne dokumenty do jednej teczki. Książę zapewne z wielkim zainteresowaniem zechce się z tym zapoznać. W końcu od samego początku słusznie podejrzewał, że Sabat maczał w tym palce. Tylko właściwie po co? Liczyli, że przeciągną na swoją stronę zwolenników dawnego Księcia? Co Sabat by na tym zyskał? Grupkę odszczepieńców? Hunter szczerze wątpił, czy nawet po zebraniu buntowników z całego Los Angeles, byłoby ich na tyle dużo by dało się stworzyć z nich jakąkolwiek znaczącą sforę. Z drugiej jednak strony nigdy nie należało lekceważyć zagrożenia. Ale to był już problem Księcia Crowforda. 
Hunter postanowił nie zgłębiać dalej tematu. W Los Angeles był tylko gościem. Zatrzymał się tu na jakiś czas i pewnie niedługo ruszy dalej swoją drogą. Nie orientował się zbyt dobrze w tutejszych problemach, zwłaszcza politycznych. Lepiej by zajął się tym szeryf. Na wszelki wypadek przejrzał jeszcze tylko ostatnie papiery. Jedne z nich opatrzone były tytułem Gangrel. Wewnątrz znajdowało się zdjęcie jakiegoś klubu i znak klanu Tzimisce. Nie byłoby w tym nic specjalnie dziwnego. Wielu Gangreli, nawet nie będących odszczepieńcami, od czasu do czasu dogadywało się z Sabatem. On sam przyjmował zlecenia zarówno od członków Camarilli, jak i Sabatu. Wszystko zależało od tego w jakim mieście się zatrzymywał. Już miał dołożyć dokumentacje do reszty papierów dla Księcia, kiedy dostrzegł niewielką notatkę na marginesie. Dwa imiona: Hunter/Tiberius. Zaskoczony przejrzał ponownie dokumenty. Czego Sabat lub Brujahowie mogli chcieć od niego i jego stwórcy? O co tu chodziło? Z irytacją złożył dokumenty i schował do kieszeni. Może i cała reszta była jedynie problemem Księcia, ale ostatnie akta były już zdecydowanie sprawą wyłącznie osobistą. I zamierzał sam ją rozwiązać, zaczynając od tajemniczego klubu na Wzgórzach Hollywood... 

*** 
 
Niemal cała droga do klubu upłynęła mu na ponurych rozmyślaniach. Coraz częściej uświadamiał sobie jak głupi był nie chcąc nawet wysłuchać swego stwórcy kiedy miał okazję. Teraz, z biegiem lat, odkrywał coraz to nowe tropy o swoim ojcu. Większości z nich nie rozumiał, chociaż instynktownie przeczuwał jak bardzo były one ważne. Nie raz spotykał już na swojej drodze potężne i wpływowe wampiry darzące Tiberiusa wielkim szacunkiem. Czasami samo imię stwórcy było jak klucz otwierający przed nim wszystkie drzwi. Tiberius był jak potężny cień, wciąż subtelnie wpływający na jego życie. Jak mentor, który nadal obserwuje go zza kulis, od czasu do czasu pociągając za odpowiednie sznurki. Mimo to, Hunter nadal nie wiedział kim tak naprawdę był jego ojciec. Jakie tajemnice krył? Jaki to wszystko miało mieć jeszcze wpływ? Chyba w końcu nadeszła pora by poznać prawdę. Wchodząc do klubu Hunter obiecał sobie, że niezależnie od tego, czego się dowie, znajdzie swojego stwórcę i tym razem nie odpuści, póki nie wyjaśni z nim wszystkiego. 
Zdecydowanie wkroczył do klubu. Muzyka, którą wyraźnie słyszał jeszcze przed wejściem do środka, teraz uderzyła go swoim, niemalże ogłuszającym, hałasem. Rozejrzał się po wnętrzu. Panował tu półmrok, rozświetlany migoczącymi, kolorowymi lampami. Na całkiem sporej scenie odbywał się chyba właśnie jakiś rockowy koncert. Niedaleko sceny bawiła się oryginalnie ubrana grupka osób, tańczących do ostrych brzmień elektrycznych gitar i perkusji. Dalej, przy barze, mniejsza grupka podobnych „oryginałów” sączyła kolorowe drinki. Chociaż dopiero się tu zjawił, Hunter już czuł się zmęczony tym miejscem. Szczerze nie znosił lokali takich jak ten. 
W tej chwili jeszcze bardziej brakowało mu lasu – tej wspaniałej, kojącej ciszy i swobody, jakiej nie można było zaznać ani tu, ani nigdzie w mieście. Nie rozumiał jak w ogóle można żyć w taki sposób, gnieżdżąc się w dusznych i ciasnych metropoliach... W tej chwili chciał jak najszybciej dowiedzieć się o co chodzi i opuścić ten lokal. Zanim jednak zdążył cokolwiek zrobić, niemal wpadła na niego młodziutka dziewczyna. Wyglądała jak gotka, choć nie była ubrana w aż tak krzykliwy sposób, jak inni goście klubu. Hunterowi bardziej przypominała jakieś widmo z epoki wiktoriańskiej niż współczesną nastolatkę. 
– Mój pan spodziewał się, że się tu zjawisz. Kazał ci to przekazać... – powiedziała, starając się jak najdyskretniej wcisnąć mu w dłoń niewielką kopertę. Była wyraźnie zdenerwowana. Nie potrafiła ukryć pewnego niepokoju i co chwilę dyskretnie rozglądała się na boki. – Musisz już iść... – dodała szybko, po czym odwróciła się i ponownie ruszyła w stronę baru. 
Hunter był jednak szybszy. Złapał ją za rękę, nie pozwalając jej odejść. 
– Zaczekaj chwilę, musisz mi powiedzieć... - zaczął jednak nie dała mu dokończyć. 
– Pan kazał przekazać, że dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. – powiedziała, zupełnie jakby recytowała wyuczoną wcześniej formułkę. Po chwili jednak odezwała zupełnie innym tonem – Ale teraz naprawdę musisz już iść... Proszę zrób to... – dodała niemal błagalnie, co wydawało się jeszcze dziwniejsze niż całe to spotkanie i wiadomość od tajemniczego pana. 
Puścił rękę ghula, po czym skierował się do wyjścia. Miał wrażenie, że czuł na sobie jej wzrok, odprowadzający go aż do drzwi klubu. 
Dopiero gdy znalazł się na zewnątrz i upewnił się, że w okolicy nie ma nikogo, zajrzał do koperty podarowanej mu przez tajemniczą dziewczynę. W środku znajdowała się krótka wiadomość z jutrzejszą datą i adresem. Nic więcej, żadnego podpisu czy choćby słowa mogącego naprowadzić na jakikolwiek trop. W tej sytuacji pozostawało tylko jedno. Hunter miał tylko nadzieję, że starczy mu czasu i zdąży dowiedzieć się więcej przed nastaniem świtu... 

*** 
 
Primogen Malkavian z uwagą wpatrywał się w przestrzeń. Hunter mimo woli poczuł nieprzyjemny dreszcz. Obserwując wiekowego wampira czuł, jakby tuż za jego plecami stała jakaś niewidzialna osoba, którą potrafią dostrzec jedynie bystre umysły Widzących. Nie była to komfortowa sytuacja. Na dodatek wewnętrzny instynkt wciąż podpowiadał mu, że nie powinien ufać Malkavianom. Wszyscy oni byli albo zbyt podstępni by im wierzyć, albo zbyt zagubieni we własnym szaleństwie, by w ogóle móc im wierzyć... 
– A tacy jak ja są zbyt groźni. Jak pająki tkające swoje sieci, by coraz bardziej zaplątać w nie innych. Tak właśnie mnie postrzegasz? – spytał, chociaż brzmiało to raczej jak stwierdzenie, kontynuujące myśli Huntera – Ale mimo to zdecydowałeś się prosić mnie o pomoc... 
– I mam nadzieję, że zechcesz mi jej udzielić. – odpowiedział Hunter czując się nieswojo. Nawet młodzi Malkavianie już nie raz zaskakiwali go swoją przenikliwością. Vangelis jednak był jedynym znanym mu dotąd prorokiem. Hunter nigdy nie mógł pojąć jakim cudem ten dziwny i nieszkodliwy klan mógł kiedykolwiek być największą potęgą wampirów. Kiedy jednak po raz pierwszy spotkał Vangelisa, wszystkie te nierealne historie o „anielskich” mocach Malkava, nagle wydały się jak najbardziej uzasadnione. Chociaż wiedział, że to bezcelowe i tak starał się nie okazywać Primogenowi swojego zmieszania jakie czuł w czasie tej rozmowy. Uważając, by nie dać się zbić z tropu kontynuował. – Nie zależy mi na przepowiedni. Jeśli nie chcesz zdradzić mi tego co wiesz, to nie będę nawet próbował przekonywać cię do zmiany zdania. Może to nawet lepiej bym nie znał swojego dalszego losu. Proszę cię jedynie o jakąkolwiek pomocną radę... 
Primogen w milczeniu spojrzał na krótki list, przesuwając powoli palcami po idealnie wykaligrafowanych literach. 
– Włada magią krwi, choć nie jest jednym z Tremere. Poszukuje, spoglądając ponad zasłoną tajemnic. Ma wielkie cele... ale nie daj się zwieść jego wężowemu językowi. Tam gdzie się udasz, nie odnajdziesz już drogi powrotnej. Nie znajdziesz prawdy, tylko rozgrywkę, eksperyment, ciężką pracę i sto lat poświęcenia. Bądź czujny i uważaj na cień, który cię pochłania. Odpowiedzi szukaj w labiryncie pod zgaszonymi gwiazdami. Pomoc odnajdziesz spoglądając w oczy ciemności, słuchając słów zagubionego dziecka. Ale nawet wtedy ufaj tylko sobie, poluj niczym samotny wilk, a znajdziesz to czego szukasz. – prorok z uwagą i starannością wymawiał każde słowo, po czym jak gdyby nigdy nic, wrócił do swego poprzedniego tonu i dodał – To wszystko co mogę ci powiedzieć. Wykorzystaj to dobrze. 
Hunter czuł się nieco dziwnie. Co prawda sam tego chciał, jednak czuł się teraz o wiele bardziej skołowany niż wcześniej. Słowa Primogena nie rozjaśniły niczego, wręcz przeciwnie, stworzyły jedynie kolejne pytania. Niemniej nie zamierzał się wycofać. 
Podjął już decyzję. Odnajdzie stwórcę i rozwikła tą zagadkę... niezależnie od tego co ma się stać. 

ciąg dalszy nastąpi :)
 
Jeśli ktoś przetrwał cały ten tekst to naprawdę podziwiam za ogrom samozaparcia. A jeśli komuś się to spodobało i chciałby wziąć udział w dalszych częściach notki to będzie mi szalenie miło. Tymczasem dziękuję Ravenowi, za zgodę na wykorzystanie Vangelisa w akcji. No i odsyłam wszystkich do zakrytej przeze mnie notki Hellen - TUTAJ.

5 maja 2016

Internetowy wyścig #1

Ciemna, głucha noc. W oczach Hellen odbijają się jarzeniowe kolory ekranów, zasypane cyframi i znakami, układającymi się w jej tylko znany kod. Siedzi, wyszukując dane, które mogą kiedyś przydać się Camarilli lub nawet samemu Księciu. Myśl mknęły szybko, ale precyzyjnie. Tona informacji układała się po kolei w przeznaczonych na to szufladkach mózgu. Katalogowała je, wiedząc, że należy spodziewać się niespodziewanego. 

Hellen odłożyła na bok okulary i przetarła oczy. Rzadko odczuwała jakiekolwiek zmęczenie, ale teraz jej nieżyjący organizm wyraźnie dawał jej do zrozumienia, że wampirzyca musi chociaż na chwilę skupić swoją uwagę na czymś innym niż życiorysy, dane, liczby, kody, adresy i numery kont. Przeskakując luźno ze strony na stronę, z ulgą zaobserwowała zmianę koloru ekranu na czerń. Dlaczego większość stron internetowych krzyczy do mnie kolorami tęczy? Spojrzała znudzona na ekran, a jej oczom ukazała się grafika, przedstawiająca piękną wampirzycę. Hellen zmarszczyła lekko brwi. Szablon był mroczny, utrzymany w ciemnych tonacjach, co jednoznacznie wskazywało na fanatyczne zainteresowania autora wampirzą rasą. Blog jakich wiele, a jednak… 

Informatorka nie mogła oprzeć się wrażeniu, że skądś zna patrzącą na nią wampirzycę. Zmarszczyła lekko brwi, dochodząc do wniosku, że jest to zapewne jakaś bardzo znana grafika, więc autor użył jej w szablonie. Pozwoliła sobie jednak na przeskoczenie wzrokiem po kilku postach. W pierwszej chwili kierowała nią ciekawość tego, jak widzą ich śmiertelnicy. Co sobie wyobrażają, jakie historie wplatają w swoją nikłą wiedzę na temat wampirów. Tak po prawdzie, spodziewała się jakiejś rzewnej historyjki o wampirzycy, która zapałała gorącym uczuciem do jakiegoś człowieka i wyrósł z tego straszliwy dramat.

Z każdą chwilą przeglądania poszczególnych podstron czuła jednak coraz większy niepokój, jakby coś wyraźnie mówiło jej, że powinna głębiej wczytać się w treść. Zaczęło się niewinnie. Zauważyła nazwę Nosferatu, ale wytłumaczyła sobie, że pojawienie się tego słowa nie świadczy o niczym niepokojącym. A jednak lista się wydłużała. Klan, Bestia, Terytorium, Potomstwo. Brwi Hellen zmarszczyły się w wyrazie konsternacji. Nowo-powstały, Krwawe Łowy, Książę, i wreszcie… Maskarada. Z biurka spadł długopis, niemalże strąciła ręką swój notes. Przystawiła nos do ekranu, w roztargnieniu wkładając nań znów okulary. Gdyby jej serce biło, zapewne wyskoczyłoby teraz gdzieś w okolicy mostka. Wszystko układało się niemalże w rozpiskę tego, co ona sama wie o ich świecie. A przecież nie wie jeszcze wszystkiego. Definicje, niemalże wszystkie, jakie znajduje we własnym wampirzym słowniku. 

Pierwsza, odruchowa, błyskawiczna myśl. Czy jest tu coś, czego nie wiem? Szybko wraca do poprzednich podstron, by sprawdzić. Nie widzi niczego, czego sama by nie wiedziała, a nawet nie znalazła słowa o Elizjum czy jego Strażnikach. Na tej podstawie wywnioskowała, że autorem musi być wampir w jej wieku bądź młodszy. Starszy najprawdopodobniej nie opuściłby tego rodzaju definicji, a ponad to, raczej nie bawiłby się w zdobycie władzy nad światem przez bloga. A może? Nie, raczej nie. Może to jakiś sfrustrowany młokos, którego Pan niedostatecznie przypilnował, zagubiony młody Thin-Bloded, który całą swoją złość na przekleństwa tego świata zamierza przelać na dziwnego rodzaju zemstę? Hellen oczywiście dopuszczała do głosu myśl, że autor może być po prostu głupi. A jednak… jednak to wszystko nie dawało jej spokoju. To, że ktoś najwidoczniej otwarcie próbuje złamać prawo, to, że wampirzyca patrząca na nią z szablonu wydaje się niepokojąco znajoma, że oprócz skrupulatnie wyjaśnionych definicji, widnieje kilka symboli, że blog zawiera najprawdopodobniej historię cierpień wiecznego nie-życia, że ktoś widocznie ucieka przed zamknięciem bloga – serwery zmieniano już kilka razy.

Hellen zaciska palce tak, że niektóre wydają głuchy odgłos. Jej ruchy znacznie przyspieszają, palce niemalże tańczą po klawiaturze w sobie tylko znanej kombinacji. Oczy biegają od jednego ekranu do drugiego. Bloga pisze ktoś z wielu różnych miejsc, najprawdopodobniej z kafejek internetowych, by nie można było zlokalizować go po adresie IP. Wszystkie lokalizacje jednak związane są z okolicami Waszyngtonu lub nawet samym miastem. U Hellen włącza się rozumowanie niemalże detektywistyczne. Od razu zaczęła szukać związku między miejscami lub jakiejkolwiek zależności. Oczywiście z tak małą ilością danych nie mogła wymyślić niczego specjalnie konstruktywnego, choć zachowała w pamięci obraz miejsc, tak na wszelki wypadek. Szybciej, jeszcze szybciej, jeszcze więcej! Czuła jakby ktoś nacisnął jakiś przycisk i rozpoczął odliczanie, rzucając Hellen wyzwanie do wyścigu.

Opadła na oparcie fotela z oczami wlepionymi w ekran. Czuła się źle. Przez całe swoje nie-życie dążyła do tego, by czuć się bezpiecznie, by wiedzieć więcej niż inni. Teraz czuła, jakby grunt osuwał się jej spod stóp. Nie wiedziała nic. Czuła się zagubiona zupełnie tak jak… wtedy. Nie wiedziała jak powinna postąpić. Po raz pierwszy od wielu lat poczuła ciężar bycia zdaną tylko na siebie. Nie docierało do niej w tym momencie, że przecież służy Księciu, że powinna mu o tym powiedzieć, że może zasięgnąć języka w dowolnym miejscu na świecie. Wyzwanie rzucił jej… blog. A nie chcąc zawracać głowy Księciu czymś tak banalnym, co jednak spowodowało u niej takie przerażenie, postanowiła odezwać się do wampira, którego prosiła o pomoc tylko i wyłącznie wtedy, gdy odczuwała lęk. 

Był szalony, momentami porywczy, agresywny wręcz, jak wszyscy w Brujah, ale nie brutalnie głupi. Teoretycznie był ochroniarzem w Białym Domu. Miał dostęp do informacji, o których Hellen momentami mogła tylko pomarzyć. Był odpowiedzialny, często aż nazbyt bystry i nigdy, przenigdy nie zdradził Hellen sekretów, których strzegł. Hellen się go zwyczajnie bała i wychodziła z założenia, że na strach przed nieznanym pomóc może tylko strach przed kimś bardzo dobrze znanym. Tak, Hellen wprost nienawidziła prosić Edwarda Stura o jakąkolwiek pomoc. 

~*~

Waszyngton jak zwykle urzekający. Hellen stała przed kolejną kafejką internetową, nie mogąc uwierzyć, że ludzie jeszcze korzystają z takich miejsc. Powietrze było szarogęste od deszczu, krótkie włosy wampirzycy przylepiły się jej do twarzy, której wyraz wskazywał na wszechobecną beznadzieję. Była już w większości kafejek, z których pisano bloga. Jednak na tyle na ile mogła dogrzebać się do brudów pochowanych w czeluściach dysków i historii, nie była w stanie nic konkretnego znaleźć. Choć miała wrażenie, że mierzy się z młodszym, mniej doświadczonym hakerem, to jednak nadal wyprzedzał ją o kilka kroków. Póki co była zdana sama na siebie, chociaż potrzebowała zebrać jak najwięcej informacji przed spotkaniem z Edwardem. Nie chciała wyjść na głupca, na osobę, która wyciąga go z jego śmiertelnie poważnych spraw, nie mając dla niego absolutnie żadnych informacji. 

Gdy zrezygnowana wraca do swojego pokoju hotelowego, w pierwszej chwili nie dostrzega leżącej na biurku płyty CD, której tam nie położyła. Rzuciła się w stronę łóżka, padając na poduszki. Przymknęła oczy, by odpocząć, ale coś w powietrzu nie dało jej przysnąć. Wiedziała, że nikogo nie ma w jej pokoju, ale nie czuła się zupełnie sama. Podniosła się na łokciach, by omieść pokój wzrokiem. Nie podobało jej się to. Nie podobała się jej rola myszki w tej zabawie. Trochę jej zajęło nim zorientowała się, że na biurku leży rzecz, która nie należy do niej. Zwykle wszystko ma poukładane w chorobliwym porządku, ale ostatnie wydarzenia wyraźnie przytępiły jej zmysły. 

Drżącymi rękoma chwyciła płytę i włożyła do napędu. Nie spodziewała się żadnych wirusów, ta gra toczyła się o coś zupełnie innego. Tylko jeszcze nie wiedziała o co. Okazało się, że płyta zawiera film. Hellen przełknęła ślinę, czując gulę w gardle. Miała same złe przeczucia. Skąd mogła wiedzieć, że dziś zacznie się finał gry, którą nieświadomie rozpoczęła ponad dwieście lat temu? Niepewnie spoglądała na widniejący na ekranie symbol Play. Spojrzała w okno, jakby spodziewała się ujrzeć kogoś, kto chce zobaczyć jej reakcję na film. Jednocześnie próbowała przemówić sobie do rozsądku. Choć póki co nieudolnie goniła tego spryciarza, to nie mogła oprzeć się wrażeniu, że do pewnego stopnia goni zagubionego amatora. Zanim nacisnęła przycisk nie wiedziała, że tylko po części ma rację. Że jej oczom ukażą się zatęchłe lochy, prowadzące do nich kanały, ciemne pomieszczenia rozświetlone wątpliwym światłem ledwo żarzących się knotów, brunatne smugi tak dobrze znanej wampirzycy substancji. 

Że ujrzy tego młodego, zagubionego hakera, przykutego kajdanami do ściany, najwyraźniej torturowanego. 

Że usłyszy głos, który dotrze do niej dopiero po chwili, kobiecy głos, który jak się okazało znała aż za dobrze. 

Że głos ten obieca jej taki sam rozlew krwi, do jakiego niegdyś sama Hellen się przyczyniła. 

Że od tego momentu lawina wydarzeń runie jak dzika.

Że rozerwane więzi okażą się nierozrywalne. Że długi będą musiały zostać spłacone. Że nawiąże się sojusz, który w innym wypadku nie miałby racji bytu. 

Obiecała jej, że za siedem dni zginie dokładnie tylu ludzi, ile warta była krew jej Pana. Kobieta chciała krwawej zemsty, która wstrząśnie światem zarówno ludzkim, jak i wampirzym. Obiecała, że najznamienitsi zbiorą się w jednym miejscu i w męczarniach dokonają żywota. Hellen nie mogła się przy tym wyzbyć wrażenia, że zapowiedź śmierci nie dotyczy tylko i wyłącznie ludzi. Ona sama miała przyjść im na ratunek i zginąć, krew z krwi swego Pana, przez tą szaloną morderczynię uważana za przyczynę jego śmierci. Sięgnęła po telefon. W takich chwilach uwydatniały się te cechy, które świadczyły o przynależności do Ventrue. Zamierzała odzyskać kontrolę nad sytuacją. Zdominować i zmiażdżyć kogoś, kto śmiał uderzyć w jej poczucie bezpieczeństwa. Odzyskać władzę.

-Edward, spotkamy się za pół godziny – żadnego pytania, żadnego lęku, żadnej niepewności. Rozpoczęło się odliczanie.



A teraz konkurs! Pierwsze dwie osoby, które policzą i wymienią wszystkie słowa klucze, których użyłam (a nie użyłam wszystkich!), będą mogły zdecydować o swoim udziale w kolejnej notce lub w wątku związanym z powyższymi zdarzeniami, zapraszam!

20 grudnia 1991

Wydarzenie grupowe I – Dragomir Bolivar

Czasem informacje docierały do pewnych osób, choć dotrzeć nie powinny. Zdarzało się, że docierały przed czasem. Te, nie przeznaczone dla pewnych uszu najczęściej bez problemu odnajdywały ścieżki, którymi powinny lecieć, by zadźwięczeć gdzieś we wnętrzu ucha, po czym wybrzmieć w głowie. Były też takie wieści, które z góry powinny zostać oznaczone, jak list polecony za poręczeniem odbioru, a jednak gdzieś błądziły i gubiły drogę. To, co wydarzyło się kilka dni wcześniej było tego typu wiadomością.
Wiedział, że to było dla niego i do niego. Informacja, która była wymierzonym ciosem. Miał kiedyś pewne podejrzenia, ale domysły i spekulacje zostały ucięte wraz ze śmiercią podejrzanego. Niestety, znów pojawił się ktoś, kto wyraźnie próbował zapracować na to, by poczuć, jak może boleć droga do śmierci. Niszczył opinię kliniki, jak i jej właściciela. Nie wspominając o tym, że gdyby wyszło to na światło dzienne echo takich spraw niosłoby się wiele tygodni. Poza tym śmiał pozbawić życia jedną z ulubionych pielęgniarek. Dragomir był wściekły. Niewiedza, jak i bezsilność doprowadzała go do szału, a nastrój nie ulegał poprawie od kilku dni. Uderzył dłonią w blat biurka, po czym jednym ruchem zrzucił kilkanaście teczek z dokumentami. Papiery wzbiły się w powietrze, po czym opadły na podłogę pokrytą ciemnymi panelami.

Był gotów pozwolić, by Bestia doszła do głosu. By ślepy szał zrobił swoje. Był gotów, gdyby tylko wiedział, kto śmiał ingerować w to, co tworzył. Albo ktoś chciał go zdemaskować, albo właśnie rozpoczął grę, której ciąg dalszy, ani koniec nie był nikomu znany.

Odwrócił się w stronę okna przesłoniętego ciężkimi kotarami. Ręce złożył jak do modlitwy i patrzył w jeden punkt – martwą różę stojącą na szafce, jakby próbował odnaleźć coś, co mogło naprowadzić go na postać ingerującą w jego życie. Constantin wpadł do gabinetu zapominając o zapukaniu w masywne drewniane drzwi. Wyglądał na nieco zmieszanego, ale i przerażonego. Oddychał szybko. Dragomir odwrócił się powoli od okna kierując spojrzenie na swojego ghoula. Nie odezwał się, ale patrzył pytająco. Czekał, aż jego podwładny odezwie się pierwszy.
– Panie! – wyjęczał Constantin. Jego posłuszeństwo, jak i obawa względem Dragomira mieszały się. Był pewien, że jego Pan wolałby usłyszeć dobre wieści, ale niestety, po raz kolejny, nie mógł on takowych przynieść. Znów działo się coś wielce niepożądanego. 
Dragomir już wiedział, że coś było nie tak. Czekał tylko na szczegóły.
– Trzeci dzień z rzędu nie pojawił się pielęgniarz Derek, a dziś odnotowałem nieobecność chirurga, choć miał umówioną operację. Pacjentką zajął się jego asystent. Czyżby ktoś nas sabotował? – Miał nadzieję usłyszeć od swego Pana coś, co utwierdzi go w przekonaniu, że wszystko będzie załatwione pomyślnie. 
– A sprawa Charlotte zatuszowana?
Ghoul wzdrygnął się słysząc pytanie dotyczącej pielęgniarki. Doskonale pamiętał widok jej ciała, a właściwie czegoś co z niej zostało. Martwił się o nieporuszanie tematu kolejnych zaginięć. Bał się tego, co może nastąpić. 
– Zostało potwierdzone, iż Charlotte udała się w lot samolotem z zamiarem dotarcia do miejsca, gdzie będzie mogła spędzić dwutygodniowy urlop, jednakże maszyna, którą leciała z niewyjaśnionych przyczyn uderzyła w jeden z górskich szczytów, a jej resztki zostały pogrzebane w skalnej szczelinie.
– Obserwuj ludzi, próbuj rozeznać się w sytuacji – powiedział chłodno i wstał ze skórzanego fotela. – Możesz odejść. – Wskazał na drzwi, a sam wyszedł z pomieszczenia chwilę później.

Zanim na cel obrał któryś z eleganckich pokoi swojej posiadłości, skierował swoje kroki do jej podziemi. Wyciągnął z kieszeni pęk kluczy i wybrał jeden z nich, by otworzyć stalowe drzwi z kratami w małym okienku. Zatrzymał się w progu przyglądając się postaci, a precyzując – resztką, które leżały na podłodze pomieszczenia. To była Charlotte, choć nie przypominała tej siebie, którą zapamiętał. Kości wystawały, skóra była jak źle dobrany materiał i ześlizgiwała się resztek ciała do którego doczepiono obce elementy, które nie występowały w takim połączeniu w sposób naturalny. Oprócz resztek włosów, nic już nie świadczyło o tym, że była kiedyś kobietą, którą Dragomir mógł obserwować nocami z dziwnym uśmiechem na twarzy. Woń jej krwi niegdyś była hipnotyzująca.
Martwe ciało leżało na zimnej kamiennej posadzce. Zbliżył się spoglądając na nią. To co zostało, nie nadawało się nawet na stworzenie Vozhda. Kucnął obok i pogładził ją po resztach twarzy. Było już zdecydowanie za późno, by odwrócić eksperymenty i poczynione zmiany na Charlotte. Było za późno, by ją uratować. Pewne zmiany było nieodwracalne. Przestała żyć, jednocześnie przestając istnieć. Nie mógł pozostawić jej, by ktokolwiek odnalazł resztki tego, co z niej pozostało. 

Zniekształcenie. Modyfikacje. Operacje. Była to sztuka, ale i niebezpieczna zabawa, która chwiała się na granicy współżycia ze śmiertelnymi. Jednak, w tym przypadku, ktoś szyderczo przekroczył granicę. „Kto śmiał zhańbić sztukę chirurgii?” – miał ochotę wykrzyczeć to na głos, by dźwięk jego głosy dotarł do winowajcy, ale nic nie wydobyło się z jego gardła. Dragomir nie mógł pozwolić sobie na taką zniewagę. Było to dla niego, jak siarczysty policzek. Czegoś takiego nie puści płazem. 

Podniósł się, wyprostował i sięgnął po topór stojący pod ścianą. Zacisnął dłoń na trzonie. Porąbał jej ciało. Na posadzce pozostały większe i mniejsze kawałki. Strzępki i chrząstki. Przerzucił je na matę i zwijając wszystko wrzucił do beczki pełnej kwasu. Pomieszczenie wypełnił odgłos syczenia, a nieprzyjemny zapach stał się jeszcze intensywniejszy. Ale oprócz niego nie było tu nikogo. Nie było świadków. Nie było sprawy – teoretycznie.

Opuszczając podziemia w myślach toczył walkę. Z jednej strony wolałaby, jakiegoś Tremere, ale wiedział, że to nie ich sposób działania. To było zbyt delikatne, wyrafinowane w swoisty sposób. To był inny Tzimisce. Musiał być. I w dodatku robił, co mu się żywnie podobało. Dragomir zacisnął pięści i wiedział, że po raz kolejny będzie musiał odwołać się do monomacji, choć dawno tego już nie czynił. Nikt nie będzie wchodził na jego teren, niszczył jego własności, a tym bardziej zaniżał walorów estetycznych tego miasta. Nikt ma prawa wyśmiewać Tzimisce!

* * *

Ciemność, a chwila później błysk. Pomieszczenie wypełniło się jasnym światłem powodując chwilową dezorientację Dragomira. Zaklął mrużąc oczy, a gdy poczuł dziwny ból w ramieniu już wiedział, że trafił we właściwe miejsce. Światło stało się mniej intensywne, a naprzeciw niego stał młody wampir. Znał go! Widział go kilkukrotnie w towarzystwie Saschy Vykos. Uśmiechnął się chłodno spoglądając na zranienie, które było widoczne przez rozcięty rękaw marynarki. Kto by pomyślał, że wzgórza Los Angeles będą domem kogoś takiego?

Nie był w klinice od ponad tygodnia, poświęcając każdą noc na śledzenie śladów jakie pozostawiała tajemnicza postać, która była odpowiedzialna za śmierć Charlotte. Szybko wpadł na jego trop, trafił na odpowiednich ludzi i znalazł wskazówki. Dowiedział się, że to wampir i poznał jego miejsce pobytu. Decydując się, by ta noc była idealną na odwiedziny u swego klanowego brata.

Dopadł do niego, jak głodny mięsożerca do rannej zwierzyny. Zacisnął rękę na jego gardle i przycisnął do ściany. Dostrzegł, że za plecami wampira znajduje się pomieszczenie, którego wnętrze można było obserwować przez szybę, a za nią, była znana mu postać. Mężczyzna, który dla niego pracował obijał się raz po raz od ścian wpadając na nie co chwilę. Był otumaniony i zniszczony. 

– Nie będziesz nazywał tego sztuką! Ani nawet nieudanym eksperymentem! – Obrócił go przyciskając jego twarz do szklanej powierzchni. – To obraza tego, co uczynić można! Zniekształcenie? Strach? Jak w ogóle śmiesz mówić o strachu i dyscyplinie, która pozwala na coś więcej niż to, co zaprezentowałeś? To wzbudza więcej litości niż strachu – wskazał na postać pielęgniarza, który teraz był tylko zlepkiem elementów ciał, resztek skóry i kości i rekiniej płetwy.

Młody wampir wybuchnął śmiechem. Nie szarpał się, nie próbował wybrnąć z sytuacji, by jakkolwiek zmienić ją na swoją korzyść. Śmiał się w głos. Zamachnął się przeciągając ostrymi pazurami po twarzy Dragomira, w wyniku czego wylądował z hukiem na podłodze. Przeturlał się pod metalowy blat.

– Będziesz Zniekształcenie dyscypliną naszą nazywał, a umiejętności swe podnosić będziesz, i nie będziesz z terenu swego placu zabaw robił, albowiem jest to abominacja! – Dragomir przypomniał sobie słowa zasłyszane wieki temu, nie zważając na odniesione obrażenia, zacytował je głośno i patrząc w oczy młodemu Tzimisce doskoczył do niego i szybkim ruchem rozszarpał mu krtań. 

Hak Farabeufa leżał obok dłoni Dragomira, zaś po jego lewej spoczywała taca z przyrządami chirurgicznymi. Zakasał rękawy i nie bacząc na zbliżający się świt rozpoczął pierwszą, po kilkudniowej przerwie, operację – nie przewidując możliwości przeżycia pacjenta. Operacja, jak zabawa – nazywana torturami.

Czuł, że to nie koniec. Chirurga nadal nie odnalazł, a w dodatku gdzieś w głowie błądziła myśl o Saschy.

___________________________________
Praca w terminie przesłana do Administracji. Opublikowana z opóźnieniem.